Bez kategorii

Muang Kua: Jak utknęłam na laotańskiej prowincji, o weselu i autobusie, który nigdy nie przyjechał

Joanna Horanin

Podoba ci się moja strona?

Cześć, jestem Asia, autorka bloga The Blond Travels. W świecie Tajlandii i Portugalii czuję się jak ryba w wodzie - nie bez powodu! Tajlandię odkrywam od przeszło dekady, a w Portugalii jestem na dobre już od 6 lat. Moją misją jest wspierać Marzycieli - takich jak Ty - w odkrywaniu tych fascynujących krajów oraz pomagać zakochanym w nich znaleźć swoje własne miejsce na ziemi, i to najlepiej na stałe! Razem odkryjmy te unikatowe zakątki świata.

 Moja łódka dotarła do Muang Kua późnym wieczorem. Widoki po drodze się znacznie zmieniły. Z wioski Nong Kiaw przez 3 godziny podziwiałam piękne góry i niezwykłe krajobrazy. Im bliżej Muang Kua tym więcej było stojących na tych górach koparek i ciężarówek.

Muang Kua nie było tak przyjemne jak Nong Kiaw. Ludzie nie wydawali się zadowoleni, że widzą u siebie kogoś obcego.

Z łódki szłam na piechotę z moim ogromny plecakiem pod stromą górę, mijając puste bary przed którymi leniwie rozciągały się biednie wyglądające psy. Nieco dalej przed bardzo małym stoiskiem paru mężczyzn piło piwo i obserwowały nowo-przybyłą turystkę, czyli mnie. Wydawało się, że tutaj białych twarzy nie widuje się na co dzień.

Znalezienie zakwaterowania było w miarę proste. Chyba dlatego, że w całej wiosce były 2 hostele. Byłam pozytywnie zaskoczona, bo mój pokój był nie tylko czysty i miał ręczniki, ale miał też klimę (która niedługo wytrzymała, bo całą noc były przerwy w dostawie prądu). Fakt, że mogłam wziąć ciepły prysznic i moje łóżko było wygodne, nieco mnie zachęcił i pomimo, że zjadłam w jednej z knajp okropny posiłek, a komary pożarły mnie tak okrutnie, że byłam cała w bąblach, to stwierdziłam, że zostanę w Muang Kua jeden dzień, żeby je bliżej poznać.

Typowy widok w knajpie w Muang Kua – muchy, muchy i więcej much

W wiosce było tylko jedno biuro turystyczne, gdzie mały mężczyzna, z tłustymi włosami i egzemą na twarzy, jadł ciągle zupę. Wchodziłam tam dobrych parę razy, a on wydawał się siedzieć nad tą samą miską, z której nigdy nie znikały nudle. Zapytałam się go co można robić w okolicy, a on nie odrywając oczu od talerza, swoim brudnym palcem zakończonym jeszcze brudniejszym paznokciem, wskazał na wiszący na ścianie skrawek papieru. Ten skrawek okazał się być ręcznie narysowaną mapą, przedstawiającą piesze szlaki. Stwierdziłam, że tym razem podaruję sobie trekkingi w Laosie i po prostu poobserwuję życie.

Przez cały kolejny dzień błąkałam się po Muang Kua, gdzie niewiele było tak naprawdę do zobaczenia. Jedynym interesującym punktem w Muan Kua był drewniany most, zawieszony nad płynącą w dole rzeką. Widoki były naprawdę piękne, ale za każdym razem kiedy przejeżdżał przez niego motor, cały most trząsł się i chybotał.

Drewniany most dzieli wioskę na dwie części
Widok z mostu

Życie po drugiej stronie mostu wydawało się płynąć nieco innym rytmem. Była tam jedna szkoła i świątynia. Dzieciaki biegały i chowały się przede mną, żeby zaraz potem z krzykiem za mną biec. Kobiety myły swoje długie włosy na podwórkach, a mężczyźni grali w karty przy małych, wystawionych przed sklepem, stolikach.

Dzieciaki były bardzo mną zafascynowane

Zawróciłam na główną ulicę w wiosce i udałam się do kafejki internetowej.

Główna ulica w Muang Kua

Właściciel drzemał na rozłożonym w kącie materacu. Dwaj chłopcy, około 7-letni, grali w coś na komputerze. Dopiero jak podeszłam bliżej, okazało się, że to nie była gra, ale japońska kreskówka pornograficzna (jest na to nazwa, ale nie pamiętam). Byłam w szoku. Właściciel przewrócił się na plecy i spojrzał na mnie, wskazał mi komputer, nawet nie wstając i z powrotem zamknął oczy. W ogóle się nie przejmował, że obok nieletni oglądają coś czego nie powinni. Próbowałam mu pokazać swoje oburzenie, ale została zupełnie zignorowana.

Nadchodził wieczór. Na przeciwko mojego hostelu wielki dom został przyozdobiony kwiatami, a jego podwórko zastawione krzesłami i stolikami. Przed równie odświętną bramą stało ubrane w tradycyjne stroje parę osób. Laotańska muzyka wydobywała się z wielkich głośników, ustawionych między stolikami. Muszę wam powiedzieć, że azjatyckie utwory muzyki pop są dla zachodnich uszu jak przeraźliwe miauczenie kota podczas rui – trudno to znieść na dłuższą metę.

Stałam sobie przed hostelem i obserwowałam całe widowisko. Okazało się, że to nie był tylko mój pomysł. Cała wioska przyszła się przyglądać.

Mieszkańcy wioski, oglądający wesele

W końcu okazało się, że na przeciwko odbywa sie wesele i będzie trwało cało noc. Świetnie! Zapowiadało  się, że nie zmrużę oka, a autobus do granicy z Wietnamem odchodził o 6.

Poszłam więc do lokalnego sklepiku kupić sobie przekąski, po czym wyszłam na balkon i obserwowałam całą imprezę.

Przez długie godziny panna młoda i pan młody stali przed bramą, witając gości. Muzyka była coraz głośniejsza i w końcu, kiedy para młoda weszła do środka, wszyscy zaczęli jeść i pić, a laotańskie przeboje wierciły mi dziurę w mózgu. Co gorsza, orkiestra pozwalała gościom śpiewać i to karaoke sprawiało, że więdły mi uszy. Na początku wszystko to było bardzo interesujące, ale o 3 nad ranem miałam dość.

Wstanie na autobus było prostą sprawą, bo przez całą noc nie zmrużyłam oka. Kiedy wychodziłam z hostelu, goście weselni dopiero opuszczali imprezę.

Na przystanek doszłam po paru minutach i usiadłam na małej ławeczce. Oczywiście nigdzie nie było rozkładu jazdy ani informacji o autobusach. Pan z informacji turystycznej poinformował mnie wcześniej, że jest jeden autobus z Muang Kua do granicy z Wietnamem o 6 rano. Powiedział jednak, że często się albo nie zjawia, albo przyjeżdża wcześniej i od razu odjeżdża.

Parę innych osób również czekało na ten sam transport: bardzo sympatyczna para z Holandii, tajski biznesmen, który mówił trochę po angielsku i laotańsku, oraz kilku mieszkańców wioski. Czekaliśmy godzinę.

W końcu, po wschodzie słońca, na ulicy pojawiła się kobieta. Ubrana była w długą sukienkę, skórzaną kurtkę i bardzo spiczastą, czerwoną, wełnianą czapkę. Powiedziała coś do nas bardzo szybko po laotańsku, uśmiechnęła się bezzębnym uśmiechem i jak się pojawiła tak szybko zniknęła. Wszyscy spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. ‘Ona chyba powiedziała, że autobus przyjechał o godzinę wcześniej i odjechał’ – powiedział tajski biznesmen.

Ogólnie nie zależało mi aż tak bardzo, żeby wyjeżdżać i cała sytuacja mnie nieco rozbawiła. Jednak holenderska para zaczęła się stresować, bo ich wiza wygasała już następnego dnia.

Wtedy przypomniało mi się, że na drzwiach biura turystycznego wisiała kartka z numerem na taksówkę. Szybko tam pobiegłam, wykonałam telefon i umówiłam się z kierowcą, że za dobrą cenę, za godzinę, podwiezie nas na granicę.

Staliśmy sobie więc i czekaliśmy na niego. Wokół zaczynało się budzić życie, nad ulicami unosiła się gęsta mgła. Nagle zza rogu wyszli ubrani na pomarańczowo mnisi. Było ich około 10 – wszyscy z misami do zbierania jedzenia od wiernych, bez butów, z ogolonymi głowami.

Z pobliskiego sklepu wyłoniła się kobieta z podarkami dla mnichów. Ci przystanęli, kobieta uklękła, a mnisi chórem wyrecytowali błogosławieństwo.

Nie robiłam żadnych zdjęć, bo chwila była tak cudowna, że nie chciałam jej zepsuć. Do dzisiaj mam przed oczami tych mnichów, wypowiadających mantrę, tę kobietę klęczącą przed nimi, mgłę unoszącą się w powietrzu i zielone palmy, kołyszące się przy lekkiej bryzie. Warto było jednak czekać na transport.

Godzinę później siedziałam już w czystym, nowoczesnym vanie w drodze na granicę z Wietnamem, gdzie przeżyłam jeszcze bardziej surrealistyczne chwile, ale na te historie musicie nieco poczekać.

Słyszałeś kiedyś o Muan Kua? A może byłeś? Co wiesz o Laosie? Czy chciałbyś pojechać? Może masz pytania? Zostaw komentarz!