Życie za granicą

Pierwszy tydzień w Lizbonie: Podsumowanie

Destinations

Lizbona

Joanna Horanin

Podoba ci się moja strona?

Current condition

Pogoda Lizbona

Częściowe zachmurzenie

14

Temperatura

Czuje się jak 12.3😩

4

Indeks UV

Średni

1

Indeks jakości powietrza

Dobra

Ostatnia aktualizacja o 4.03.2024, 16:30

Cześć! 👋 Jestem Asia, autorka bloga The Blond Travels. Jeśli uważasz, że moje artykuły są pomocne, będę Ci bardzo wdzięczna, jeśli dołączysz do mnie na Instagramie lub . Wsparcie od czytelników takich jak Ty wiele dla mnie znaczy i pomaga utrzymać tę stronę przy życiu. Dziękuję! 🙏

Początki nigdy nie są łatwe. Przeprowadzka za granicę czasami potrafi nieźle dać w kość. Nasz pierwszy tydzień w Lizbonie przyniósł nam mieszane odczucia i doświadczenia. Dobrze, że jesteśmy zahartowani w bojach i przeciwności losu nie są nam straszne.

Kiedy Christopher powiedział mi, że dostał pracę jako programista w jednym ze start upów w Lizbonie ucieszyłam się. Nigdy nie byłam w Portugalii, a uwielbiam nowe miejsca. Po paru latach niestabilności byłam znowu gotowa na zatrzymanie się gdzieś dłużej. Lizbona wydawała się być idealnym miejscem – wypełnionym kulturą, z dobrym jedzeniem, świetną pogodą i wygodnymi połączeniami do większości krajów w Europie.

Nasz pierwszy tydzień nie należał do łatwych. W momencie pisania tego artykułu nadal nie jesteśmy jeszcze w pełni zorganizowani, a minął już ponad tydzień. Jestem pewna, że kiedyś będziemy wspominać pewne rzeczy z uśmiechem. Póki co, nadal próbujemy przyzwyczaić się nowej rzeczywistości.

Do Lizbony zlądowaliśmy późnym wieczorem. Przywitało nas słońce, palmy i chyba najdłuższa na świecie kolejka do taksówek. To właśnie w tej kolejce miałam czas na małe przemyślenia. Po pierwsze doszłam do wniosku, że o Portugalii nie wiem absolutnie nic oprócz tego, że lubią tutaj futbol (sześciopak Christiano Ronaldo zapadł mi bardzo w pamięć). Jakie jest tutaj jedzenie? Czy w Lizbonie jest w ogóle jest zima? Ile kosztuje chleb? Jak jest po portugalsku dzień dobry? Jak zawsze w ogóle się nie przygotowałam. Nie wiedziałam nawet co zwiedzić w Lizbonie. Poprzednie doświadczenia niczego mnie nie nauczyły. Może gdybym zrobiła dokładniejsze rozeznanie wcześniej, mój pierwszy tydzień nie byłby taki stresujący. Na pewno fakt, że jadę do europejskiego kraju utwierdził mnie w przekonaniu, że nie trzeba się przygotowywać, bo przecież czym może różnić się Lizbona od Krakowa?

Jak się okazało, wieloma aspektami, ale o tym później. Zacznijmy najpierw od tych pozytywnych stron.

Lizbona Portugalia widziana z góry

Lizbona wygląda imponująco w popołudniowym słońcu.

Lizbono, I love you!

Pierwszy wieczór spędziliśmy chodząc po małych, krętych, brukowanych uliczkach. Trafiliśmy przez przypadek na jeden z punktów widokowych i patrzeliśmy z góry na rozświetloną Lizbonę nie wierząc jeszcze, że zdecydowaliśmy się na osiedlenie właśnie tutaj.

Od razu pokochałam lokalny klimat. Małe knajpki ze stolikami, ludzie siedzący na zewnątrz lub stojący w grupach, mężczyźni w barach oglądający mecz i krzyczący coś w niebogłosy, grafitti, stare kamienice z balkonami i ścianami udekorowanymi kolorowymi kaflami. Bajka!

Od tygodnia przeznaczam godzinę dziennie na włóczenie się po ulicach (i zajadanie się portugalskimi słodkościami, ale ciii, nikomu nie mów). Wydaje się, że za każdym rogiem czai się coś zupełnie innego. Każdy zakamarek, każdy sklep, bar, czy kawiarnia to widok wyjęty z przewodnika Lonely Planet. Chce się co parę kroków wyciągać aparat i robić zdjęcia wszystkiemu, co się widzi. Czy mi się kiedyś to znudzi?

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o przepysznej kawie, która tutaj jest tak ważna dla wszystkich. (Czy wiesz, że Portugalczycy w piekarniach wpadają na espresso, które szybko wypijają przy ladzie?) I wino – czerwone, aromatyczne, cierpkie – takie jak lubię. Pod tym względem jest to kraj wymarzony dla mnie.

O samym portugalskim jedzeniu nie mogę zbyt dużo napisać, ale póki co, wydaje się, że nie jest złe. Portugalczycy jedzą bardzo dużo mięsa, a specjalnością jest dorsz, którego serwuje się w różnych postaciach. Fanką ryb nie jestem i raz tylko spróbowałam smażonego dorsza w bułce. Nie był to szczyt kulinarnej finezji i drugą połówkę kanapki oddałam bezdomnemu.

Joanna fotografuje Lizbonę z góry.

W Lizbonie nie sposób nie fotografować wszystkiego.

Dramat mieszkaniowy

Jeżeli śledzisz mnie w mediach społecznościowych to wiesz, że miałam spore problemy ze znalezieniem mieszkania. Lizbona nie jest duża, a liczba studentów i ekspatów znacznie obciąża tutejszy rynek nieruchomości. Niby mieliśmy o tym pojęcie, niby coś tam w internecie sprawdzaliśmy przed wyjazdem, ale nie wiedzieliśmy, że będzie z tym aż taki problem.

Firm Chris’a opłaciła nam tygodniowy pobyt w Airbnb. Mieszkania zaczęliśmy szukać zaraz na drugi dzień po przyjeździe. Wymarzyliśmy sobie jasne, duże mieszkanie blisko centrum, gdzie oboje czulibyśmy się dobrze. Po dwóch dniach szukania stwierdziliśmy, ze nie musimy mieszkać w centrum, po trzech nie chcieliśmy nic umeblowanego, po czterech kwatera mogła być mała, a po pięciu byliśmy w stanie mieszkać w pokoju i dzielić mieszkanie ze studentami.

Nasz problem polegał na tym, że jedyne mieszkania dostępne przez Airbnb były okropnie drogie. Wynajęcie samego pokoju to koszt 1,500 Euro za miesiąc. Hostele nie były prawie w ogóle dostępne, a te które były, miały zapchlone łóżka i brudne prysznice.  Dormy nie wchodziły w grę ze względu na moją pracę. Zaczęłam powoli myśleć, że zamieszkanie tutaj nie było dobrą decyzją.

Przeszukaliśmy wszystkie strony z ofertami w przeróżnych językach. Zwiększyliśmy nasz budżet, zaangażowaliśmy obce nas osoby. Nic. Jak tylko pojawiała się nowa oferta, zaraz znikała. Często agencja lub właściciele nie mówili po angielsku lub mówili, że mają tyle zainteresowanych, że nie potrzebują nikogo nowego. Udało nam się obejrzeć trzy mieszkania. W jednym właściciel chciał umowę na 2 lata, w drugim właścicielka nie mogła się zdecydować na ile chce wynająć, a w trzecim (które nam się bardzo podobało) chciano od nas 6 miesięcy czynszu na przód (co równało się około 4,000 Euro!).

W końcu trafiliśmy na Anę – przemiłą panią architekt i jej syna Pedro, którzy zaoferowali nam mieszkanie na przedmieściach. Mieszkanie nie jest duże i nie jest tym, co sobie wymarzyliśmy, ale na start nam wystarczy. Na razie próbujemy załatwić internet, który nie jest jeszcze zainstalowany i uporać się z formalnościami dla Christopher’a. Chris musi otworzyć konto w banku. Aby to zrobić musi się zameldować, czego właściciele nie chcą, bo mieszkanie zarejestrowane jest jako biuro. Na razie negocjujemy i próbujemy ustalić co należy zrobić.

Wprowadzamy się 1go października. Z utęsknieniem marzę o posiadaniu własnego kąta.

Domy w Lizbonie widziane z góry.

W Lizbonie stoi wiele niezamieszkanych domów, a rynek nieruchomości stoi w miejscu.

Ludzie

Zawsze wyobrażałam sobie Portugalczyków jako uśmiechnięty i wygadany naród. Przyznam, że oczekiwałam, że będzie tutaj jak w Hiszpanii. Zdziwiłam się kiedy okazało się, że mieszkańcy Portugalii to ludzie, którzy nie uśmiechają się zbyt często. Wchodzisz do sklepu i wita Cię pokerowa twarz – trochę jak w Polsce.

Negatywne usposobienie to chyba tylko pozory (piszę chyba, bo nie chcę wyciągać pochopnych wniosków). Jak dotąd nikt nie był dla mnie niegrzeczny. Kiedy zamawiam jedzenie w restauracji zawsze spotykam się z miłą obsługą, kiedy pytam o drogę, ktoś zawsze jest chętny mi pomóc, nawet jeżeli nie mówi po angielsku. Do tego z moich obserwacji wynika, że Portugalczycy w stosunku do siebie są przyjaźni i bardzo lubią spędzać czas z rodzinami i przyjaciółmi.

Nie mogę też nachwalić się kierowców Ubera. Obsługa jest tutaj na najwyższym poziomie. To właśnie od taksówkarzy dowiaduję się najciekawszych rzeczy. Nigdzie jeszcze nie spotkałam się z tak przemiłymi pracownikami tej firmy.

Kolejną rzeczą, która mnie w Lizbonie zaskoczyła jeżeli chodzi o tutejszych mieszkańców to ilość przeróżnych narodowości. Przechodząc przez ulice miasta, można nagle znaleźć się w małych Indiach, małej Afryce, a zaraz potem w małych Chinach. Nigdy nie myślałam, że Portugalia jest tak zróżnicowana kulturowo. Jestem osobą z reguły bardzo tolerancyjną. Im więcej widzę dziwnych rzeczy wokół siebie, im więcej kolorów skóry i kultur, tym lepiej. Także i w Lizbonie obecność imigrantów mi w ogóle nie przeszkadza. Zastanawia mnie natomiast przeogromna liczba bezdomnych i drobnych pijaczków, wałęsających się niemal wszędzie. W przeważającej części to biali obywatele Lizbony, którzy chyba zapodziali się gdzieś w systemie socjalnym. A może w prost przeciwnie, to system za bardzo o nich dba? Tego jeszcze nie wiem, ale chciałabym się bardzo dowiedzieć dlaczego tak wielu obywateli Portugalii znalazła się na marginesie.

Ulica Lizbony ludzie siedzą w barze

Ulice Lizbony są niezwykle kolorowe. Każda mała ulica tętni życiem.

Uważaj pod nogi na ulicach Lizbony!

Lizbońskie ulice są niezwykle urokliwe, ale panujący tutaj brud jest zadziwiający. Śmieci walają się wszędzie, ludzie nie wyrzucają odpadków do koszy, ale rzucają gdzie popadnie. Recycling tutaj jeszcze nie dotarł i nikt nie oddziela szkła od odpadków organicznych. Nie wspominając już o psich kupach, których jest pełno wszędzie. W minę można wdepnąć co pięć kroków. Nie ma tutaj bezpańskich psów, a mimo to psich odchodów jest tutaj tyle co w Tajlandii, a nawet więcej.

Koniec narzekania – Lizbona jest zajebista!

Lizbona jest kolorowa z tętniącymi życiem ulicami. Takie miasta lubię najbardziej. Tam, gdzie ludzie przesiadują na ławkach i w barowych ogródkach i gdzie dba się o lokalną architekturę i tradycję, nie można się nudzić.

Miasto nie jest duże, ale mimo to widać, że wiele się tutaj dzieje. Przez ostatnie dni przewertowałam dziesiątki stron i zrobiłam sobie listę miejsc, które chcę zobaczyć i rzeczy, których chcę doświadczyć. Mam w planach galerie, muzea, koncerty i odkrywanie lokalnej kuchni, bo bez tego nie można naprawdę wsiąknąć w dany kraj i miasto.

Na razie przesiaduję w kafejkach w ciągu dnia popijając mocne americano, a wieczorem kosztuję czerwonego wina i zajadam się oliwkami. Nie znam tutaj nikogo, nie potrafię korzystać z transportu publicznego i nie czuję się jeszcze jak w domu, ale myślę, że to tylko kwestia czasu. Lizbony bowiem nie można nie lubić.