Pamiętnik

Ślub w Tajlandii: Mój wymarzony ślub jak z bajki

Destinations

Chiang Mai

Joanna Horanin

Podoba ci się moja strona?

Current condition

Pogoda Chiang Mai

Częściowe zachmurzenie

29.4

Temperatura

Czuje się jak 38.3🥵

1

Indeks UV

Niski

1

Indeks jakości powietrza

Dobra

Ostatnia aktualizacja o 21.06.2024, 17:00

Cześć, jestem Asia, autorka bloga The Blond Travels. W świecie Tajlandii i Portugalii czuję się jak ryba w wodzie - nie bez powodu! Tajlandię odkrywam od przeszło dekady, a w Portugalii jestem na dobre już od 6 lat. Moją misją jest wspierać Marzycieli - takich jak Ty - w odkrywaniu tych fascynujących krajów oraz pomagać zakochanym w nich znaleźć swoje własne miejsce na ziemi, i to najlepiej na stałe! Razem odkryjmy te unikatowe zakątki świata.

Wyjście za mąż nigdy nie było moim priorytetem. Nigdy nie miałam wymarzonej sukni, ceremonii, nigdy nie szukałam męża. Nie uważałam, że sam akt małżeństwa jest w ogóle do czegokolwiek potrzebny (oprócz spraw urzędowych i niższych podatków w UK). Tak naprawdę, małżeństwo do tej pory kojarzy mi się raczej z nudą i stagnacją. Aż tu nagle rodzina i przyjaciele zostali totalnie zaskoczeni. Wzięłam z Pysiem ślub w Tajlandii i był to mój wymarzony ślub!

Jak do niego doszło? Jak to zorganizowaliśmy i jak przebiegła nasza ceremonia? O tym przeczytasz w tym poście.

Oświadczyny po naszemu

“Myślę, że powinniśmy się pobrać” – powiedział Pyś zajadając portugalskiego kotleta w naszej ulubionej knajpie w Barreiro.

“OK” – odopowiedziałam, wzruszając ramionami.

I to było tyle i aż tyle.

To miało być moje drugie małżeństwo, więc do tej decyzji przyszło mi dojrzeć i zajęło mi to bardzo długo. Nie chciałam znowu podejmować pochopnych decyzji, chciałam być pewna tego, co robię.

Wspomniałam Ci już Marzycielu/Marzycielko, że małżeństwo raczej nie było nigdy moim celem, ale myślę, że w wielu związkach po latach przychodzi taka pora, gdzie chce się tę miłość jakoś zapieczętować, postawić na niej urzędowy stempel, podpisać jakiś papier i powiedzieć tej drugiej osobie – jesteś moją drugą połówką.

Tak właśnie się wtedy czułam i czuję do tej pory.

Śmiejemy się z tych naszych “zaręczyn” nad kotletem i grilowaną rybą, zakrapianymi tanim winem lanym z nalewaka. Robimy sobie trochę z tego żarty, ale w pozytywny sposób, bo to jesteśmy my – czasami robiący rzeczy “od czapy”, mało romantyczni, żyjący trochę na bakier z konwenansami.

Nie było pierścionka, klękania na kolano, oficjalnych oświadczeń i kwiatów. O naszych planach powiedzieliśmy garstce osób i pieściliśmy ten nasz sekret przez długie miesiące.

Nie mówiliśmy o tym nikomu. Dlaczego? Nie chcieliśmy żadnych oczekiwań, żadnych wymagań, oraz zawiedzionych uczuć. Nie zależało nam na fanfarach i na byciu w centrum uwagi. To miał być nasz ślub, po naszemu.

Twój plan na pierwszą podróż do Tajlandii

Zapisz się do newslettera i otrzymaj plan na pierwszą podróż do Krainy Uśmiechu.

    We respect your privacy. Unsubscribe at any time.

    Tajlandia była prostym wyborem

    Pysia poznałam w Chiang Mai przez aplikację randkową OK Cupid. Nie było wtedy Tindera i innych tego typu tworów. Na aplikacji tej trzeba było faktycznie do siebie pisać, rozmawiać i być zainteresowanym drugą osobą.

    Na potrzeby tego posta blogowego napiszę tylko, że od kiedy się znamy, Tajlandia jest dla nas miejscem specjalnym, gdzie czujemy się oboje wyjątkowo dobrze. Kochamy nie tylko jedzenie, czy tutejszą naturę, ale także kulturę, ludzi i klimat tego kraju. To jest nasz drugi dom. Znamy trochę język, mamy tu znajomych i jesteśmy tu tak szczęśliwi jak nigdzie indziej.

    “Chiang Mai Przewodnik” – niezbędny przewodnik, idealny na pierwszą podróż. Odkryj te najważniejsze miejsca, jak i te mniej znane, zobacz atrakcje poza miastem, zjedz najlepsze jedzonko i otrzymaj kupony zniżkowe na wycieczki!
    Dowiedz się więcej! →

    Ponieważ oboje mieszkaliśmy w Chiang Mai, to te rejony są dla nas szczególne. Wracamy tutaj co roku, aby cieszyć się cieplejszymi zimowymi temperaturami.

    Wybór więc był niejako oczywisty. Ja kiedyś rozmawiałam z jedną parą, która wzięła ślub w świątyni i tak od słowa do słowa stwierdziliśmy, że byłoby najlepiej zrobić coś, co mogłoby nas z Tajlandią połączyć jeszcze bardziej.

    Krótkie poszukiwania i przygotowania

    Po wpisaniu w Google ‘wedding in Thailand’ wyskakuje naprawdę sporo propozycji. Wszystkie jednak są na wyspach i wszystkie przygotowywane są dla dużej ilości osób. Wygląda to pięknie, ale nie było to nic, co nam odpowiadało.

    Zaczęłam więc wgłębiać się w nieco bardziej tradycyjne wersje ślubów i szybko trafiliśmy na pewną panią, która organizowała małe, tradycyjne, buddyjskie śluby w Chiang Mai. Oprócz tego, załatwiała także sprawy urzędowe i rejestrację w ambasadzie.

    W pakiecie takiego ślubu były np. przygotowywania darów dla mnicha i składanie darów z samego rana. Wszystko było naprawdę fajnie przygotowane z wyjątkiem jednej rzeczy – fotografa.

    Fotografem był brat właścicielki firmy. Powiedzmy, że zdjęcia nie były najwyższej jakości, a my chcieliśmy mieć ładną pamiątkę. Po krótkiej wymianie wiadomości i próbach przekonania pani, że chcemy innego fotografa, ta się na nas lekko obraziła i zaczęła być dość niemiła. Szybko więc skończyliśmy konwersację.

    Zmieniliśmy więc strategię i zaczęliśmy szukać resortów w okolicy Chiang Mai, do których pisaliśmy emaile z zapytaniem o organizację ślubu buddyjskiego. Tak trafiliśmy na Sukantara Cascade Resort, którzy przygotowali nam cały pakiet usług i zaproponowali pomoc przy ceremonii.

    Resort na zdjęciach wyglądał ładnie, był w ładnym miejscu. Nie byliśmy może zachwyceni, ale stwierdziliśmy, że będzie OK.

    W tym momencie raczej nie zależało nam na fajerwerkach. Chcieliśmy się pobrać w Tajlandii i przy okazji mieć ładną pamiątkę i ładne wspomnienia.

    Sukantara także skontaktowali nas z Mr Bo – fotografem z BoBoa Studio, a ten pomógł nam w znalezieniu tradycyjnych strojów do ślubu.

    Całość poszukiwań i podjęcie decyzji zajęło nam może jakiś tydzień – dwa.

    Przed wyjazdem kupiliśmy obrączki, dodatkowe ubrania, które chcieliśmy mieć na sesji zdjęciowej i byliśmy gotowi się pobrać.

    Stroje Lanny

    Ślub zaplanowany był w trzecim tygodniu naszego pobytu i do tego czasu byliśmy parę tylko razy w kontakcie z hotelem i fotografem.

    Częścią przygotowań było wypożyczenie strojów Lanny – tradycyjnych strojów z północy Tajlandii.

    Mr Bo udał się z nami do małego sklepiku w centrum Chiang Mai, gdzie cała ekipa ludzi pomogła nam przymierzyć stroje.

    Widząc różne wzory i kolory, od razu wiedziałam, że chcę mieć róż. Oboje przymierzyliśmy 2 wersje strojów i w 30 minut zdecydowaliśmy się na jedną z kombinacji – ja różowa góra i zielono-granatowy dół. Chris – biała marynarka i ciemno-zielone spodnie.

    Strój mężczyzny jest dość prosty do założenia. To kobieta ma trochę więcej pracy – spódnicę i specjalny szal trzeba spiąć odpowiednio. Do tego dochodzi cała biżuteria, która ma swoje miejsce i musi także być prawidłowo założona. Obsługa widząc moje zmieszanie, zaproponowała, że jedna z kobiet przyjedzie w dniu ślubu i pomoże mi się ubrać.

    Kulturowa poprawność

    Marzycielu/Marzycielko, przyznam tutaj, że mieliśmy wątpliwości czy można swobodnie ubrać się w tradycyjne tajskie stroje i czy wypada nam mieć ceremonię buddyjską. Tajlandii staramy się nie traktować jak Disneylandu i nie wykorzystywać gościnności tutejszych ludzi.

    Polegaliśmy jednak cały czas na poradach resortu i fotografa, a także na reakcjach osób pracujących w wypożyczalni strojów.

    W czasie przygotowań właśnie z tego względu parę rzeczy uległo zmianie – mnich odmówił udzielenia nam ślubu w resorcie i zgodził się na krótkie błogosławieństwo w świątyni.
    Na początku mieliśmy zaplanowane tradycyjne wypuszczanie ryb do strumyka, które przynosi dobrą karmę, ale i tego postanowiono pozbyć się z programu ze względu na okolicznych mieszkańców, którzy uważali, że jednak obcokrajowcy nie powinni tego robić.

    Zgodziliśmy się na każdą zmianę i zapewniliśmy, że na pewno naszym celem nie jest obrażanie nikogo.

    “Nie mam słów na to piękno”

    Nadszedł nasz długo wyczekiwany weekend.

    Już przy recepcji było wiadomo, że znaleźliśmy się w cudownym miejscu.

    Część główna – recepcja i restauracja były otwarte, z każdej strony, ale zadaszone i otoczone soczystą zielenią i egzotycznymi roślinami. U stóp budynku przepływał głośno wodospad, w którym leniwie taplały się kaczki, dzikie gęsi i pawie.

    Ale chyba największym szokiem była dla nas nasza willa. Do dyspozycji mieliśmy dwa piękne, drewniane budynki z małym basenem i prywatnym jacuzzi! Zdjęcia na stronie nie oddawały w ogóle piękna i wspaniałości tego miejsca.

    “Nie mam słów, aby to opisać” – napisałam wtedy do mojej siostry.

    Buddyjska ceremonia

    Na drugi dzień nasz fotograf zjawił się o 7:30 rano. Przyjechał z pomocnikiem oraz dziewczyną z salonu, z którego wypożyczyliśmy ubrania i która pomogła nam się przygotować.

    Pierwsza sesja fotograficzna była lekko stresująca, ale byliśmy tam oboje, trzymaliśmy się za ręce i żartowaliśmy sobie z samych siebie i koniec końców było to bardzo przyjemne.

    Przed samą ceremonią przyszła do nas szefowa resortu, która specjalnie na tę okazję przyjechała z Bangkoku. Wytłumaczyła nam wszystko, co będzie się działo, co pomogło nam poczuć się nieco bardziej pewnie.

    Przy restauracji, na podeście, przygotowano dla nas całą aranżację – akcenty różowe i białe, które pasowały do naszych strojów. Tutaj musimy oddać pierwszy ukłon w stronę Sukantary. Oprócz tego, że wspomniałam, że chciałabym mieć różowy bukiet, nie wymagaliśmy od nich niczego. Wszystko przygotowali oni, to była ich inicjatywa, a efekt przy tym był po prostu WOW!

    Ceremonię odprawił nie mnich, a osoba starsza z wioski, która była kiedyś mnichem. Wezwał on duchy, aby połączyły nas na zawsze.
    W religii buddyjskiej w Tajlandii używa się często przy błogosławieństwach białego sznurka, który ma łączyć nas z bóstwami. Taki sznurek zawiązano nam na nadgarstkach, odmówiono modlitwę o powiązanie nas na zawsze i zostawiono nam go, abyśmy mogli nosić go jeszcze tydzień.

    Przy ceremonii obecne były także starsze kobiety, które służyły za świadkowe. Jedną z nich była 80-letnia mama właścicielki resortu, której zadaniem było błogosławić nam, życzyć szczęścia i na znak obfitości polać nasze ręce wodą różaną.

    Po wszystkim wymieniliśmy się obrączkami.

    Wizyta w świątyni

    W pobliskiej wiosce urzęduje tylko jeden mnich w maleńkiej świątyni. Udaliśmy się do niego również, niosąc dary i jedzenie.

    Pyś, jako mężczyzna, ofiarował wszystko mnichowi. Kobieta nie może mnicha dotykać, ani zbliżać się za bardzo do niego. Ja siedziałam z tyłu i trzymałam go za łokieć, co ma również oznaczać, że dary są także ode mnie.

    Mnich, jak to mnich, był bardzo nieśmiały i prawie w ogóle na nas nie patrzył.

    “Teraz możecie powiedzieć coś do mnicha” – poradziła właścicielka resortu.

    Totalnie nas to zbiło z tropu. Pyś wskazał na znajdujący się na tacy ofiarnej deser z mleka kokosowego i powiedział: “Spróbuj bua loi. Jest naprawdę dobre.”
    Myślę, że nie to miała na myśli Dolly mówiąc, że mamy coś do mnicha powiedzieć, ale to chyba było jedyne, co akurat Pysiowi przyszło do głowy.

    Ceremonia trwała 10 minut.

    Kiedy wróciliśmy do willi, aby się przebrać, nasz pokój pachniał niesamowicie kwiatami, a na łóżku ułożone były łabędzie i płatki róż. (Kolejny ukłon w stronę Sukantary.)

    Ostatnia sesja fotograficzna i romantyczna kolacja

    Dzień zakończyliśmy ostatnią sesją fotograficzną w innych strojach, której efekty możecie podziwiać tutaj.

    Po wszystkim resztę dnia spędziliśmy w basenie i w jacuzzi.

    Na koniec w programie była kolacja kantoke, którą Tajowie jedzą tylko przy specjalnych okazjach. Stół ustawiono nam przy samej wodzie, z dala od innych stolików. Cudowne zakończenie cudownego dnia.

    Pisałam Ci Marzycielu/Marzycielko, że nigdy nie zależało mi na pięknym ślubie, bo tak właśnie było. Natomiast teraz, z perspektywy czasu, wspominam mój ślub jako coś cudownego, wspaniałego i unikatowego. To będzie wspomnienie, które nosić będę w sercu do końca życia.

    Nie żałuję, że nie było przy mnie rodziny, czy przyjaciół. Myślę, że przez to, że byliśmy sami było to specjalne doświadczenie. Decyzja o ślubie w Tajlandii była chyba najlepszą jaką mogliśmy podjąć.

    W tym miejscu, chciałabym Ci polecić:

    Sukantara Cascade Resort: możesz wybrać się tam także na kolację.
    Boboa Studio