Życie za granicą

Sześć miesięcy w Lizbonie: Podsumowanie

Destinations

Lizbona

Joanna Horanin

Podoba ci się moja strona?

Current condition

Pogoda Lizbona

Częściowe zachmurzenie

19

Temperatura

Czuje się jak 19😞

1

Indeks UV

Niski

1

Indeks jakości powietrza

Dobra

Ostatnia aktualizacja o 3.10.2023, 03:30

Cześć! 👋 Jestem Asia, autorka bloga The Blond Travels. Jeśli uważasz, że moje artykuły są pomocne, będę Ci bardzo wdzięczna, jeśli dołączysz do mnie na Instagramie lub . Wsparcie od czytelników takich jak Ty wiele dla mnie znaczy i pomaga utrzymać tę stronę przy życiu. Dziękuję! 🙏

Ale czas leci, co? Ja chrzanię! Niedawno przecież się tutaj przeprowadziliśmy, a już minęło 6 miesięcy! Trudno uwierzyć. Czasami patrzę wstecz i te wszystkie przeprowadzki zaczynają się mi mieszać. Już nawet nie pamiętam kiedy dokładnie wyprowadziłam się z Londynu. Czy to było 5 lat temu, 4, czy może 3? Trudno zliczyć. Nadal jednak pamiętam kiedy przeprowadziłam sie do Lizbony – wrzesień 2017 roku. To miał być początek ustabilizowanego życia, ale coś czuję, że to tylko kolejny przystanek na drodze do kolejnej destynacji.

Lizbona przywiatała nas słońcem i problemami ze znalezieniem mieszkania. Początki zawsze są trudne i te 3 pierwsze miesiące były dla mnie mieszaniną fascynacji miastem, stresu i szoku, związanego z cenami. Do tego ostatniego zdążyłam się nieco przyzwyczaić, ale z miesiąca na miesiąc uświadamiam sobie, że zamieszkanie na dłużej w jakimkolwiek kraju w Europie chyba nie jest dla mnie.

Przeprowadzka do Lizbony miała być dla mnie i dla Chrisa formą stabilizacji. On chciał wrócić do biura i oboje mieliśmy ochotę na zapuszczenie gdzieś korzeni na dłużej. Portugalia wydawała się być idealnym wyborem – dość niskie koszty utrzymania, dobra pogoda, mili i sympatyczni ludzie. Ja mogłam w końcu urządzić sobie małe biuro i na poważnie zająć się rozwojem OK English, a Chris mógł mieć swoją rutynę, chodzić do pracy i przebywać w grupie, za czym tęksnił i czego potrzebował.

Oboje po tych 6 miesiącach mamy mieszane uczucia. Myślę, że mogłabym się przyzwyczaić do Portugalii, a może z czasem ją pokochać, ale ciągnie mnie gdzieś indziej i czuję, że Lizbona uwiera i uciska mnie nieco jak niewygodny, zbyt mały płaszcz.

widok na lizbonę z windy santa justa

Słońce i piękne widoki – za to kocham Lizbonę!

W Lizbonie nie jest źle!

Co lubię w Lizbonie? Na pewno uwielbiam architekturę i to, że mogę tutaj błądzić godzinami. Strasznie lubię samotne wycieczki i kiedy przychodzi weekend po prostu idę przed siebie. Nigdzie na świecie nie ma chyba tak pięknych i klimatycznych ulic, tak cudownych domów i stworzonych do fotografii zaułków. Nie zwiedziłam jeszcze nawet połowy świata, ale śmiem twierdzić, że Lizbona to najpiękniejsze miasto na naszej planecie.

Kiedy wychodzi słońce ulice miasta ożywają. Na każdym rogu w centrum słychać muzykę. Uliczne koncerty to tutaj norma i przepięknie wpasowują się one w otoczkę miasta. W słoneczne dni nigdy nie siedzę w domu, bo to właśnie wtedy czuję, że kocham to miasto.

Ilość kafejek, knajp i tanich jadłodajni jest przytłaczająca, a ja lubię wychodzić na jedzonko i delektować się czymś dobrym. Tutaj mam pod nosem to, czego w Tajlandii nigdy nie miałam: tanie oliwki, wino i ser, którego ostry zapach i smak tak bardzo lubię.

warzywa na talerzy w chinskiej resturacji w lizbonie

Tak, tak, jedzenie to jest to co lubię najbardziej

Ludzie też są mili i pomocni. Portugalczycy to naród, który wydaje się skromny i który nie lubi się wywyższać. Nie widać tutaj tak powszechnego obecnie w Europie nacjonalizmu, niechęci do przyjezdnych, czy niezadowolenia z ciągle przybywających imigrantów (mogę się mylić, bo nie znam języka, ale mam właśnie takie wrażenie). Lizbona to mix kultur i narodowości, co czyni ją jeszcze bardziej interesującą i atrakcyjną dla osób, które lubią różnorodność. Miasto z otwartymi ramionami przyjmuje wszystkich, dzięki czemu jest tutaj tak pięknie i kolorowo.

Wydaje się, że w Lizbonie ciągle jest coś nowego do zobaczenia i odkrycia, czego na przykład w Chiang Mai po 3 latach intensywnych wycieczek zaczynało mi brakować. Nie potrafię siedzieć w domu, nie umiem spędzać weekendów przed telewizorem, na kanapie, a więc Lizbona wydaje się idealnym miejscem dla takiej powsinogi jak ja.

Pavilhao Chinese w Lizbonie stoły bilardowe

W Lizbonie pięknych, tajemniczych miejsc jest bardzo dużo.

Troszeczkę się też w Lizbonie zadomowiłam. Wiem jak poruszać się komunikacją miejską, wiem gdzie robić zakupy, gdzie chodzić na kawę, znam parę dobrych miejscówek, poznałam sporo fajnych ludzi i mogę powiedzieć, że ten pierwszy szok związany z przeprowadzką minął. Mam teraz nadzieję, że z czasem będzie tylko lepiej.

U mnie zawsze jest jakieś ‘ale’

Kto nie chciałby mieszkać w Lizbonie? Dobrze zdaję sobie sprawę, że są na świecie ludzie, którzy oddaliby dużo za to, aby pracować zdalnie w Portugalii i nie jeździć codziennie do pracy. U mnie jednak zawsze jest jakieś ‘ale’.

Zimę spędziłam na pracy. Porzuciłam nieco blogowanie na rzecz rozwijania Biblioteki – nowego projektu, który ma być częścią OK English. Włożyłam w to dużo energii. Siedziałam przy biurku w weekendy i święta. Dlatego niepogoda w Lizbonie nie doskwierała mi aż tak bardzo. W Tajlandii ubolewałabym nad tym, że nie mogę pojechać na kolejną wycieczkę poza miasto. Tutaj, kiedy na dworzu było szaro i deszczowo, nie miałam nic przeciwko przebywaniu w 4 ścianach.

Joanna pracuje w kafejce Cafe de Garagem w Lizbonie

No dobra, czasami zdarzało mi się gdzieś wyjść.

To znaczy, nie miałabym, gdybym posiadała w domu ogrzewanie. O tym jak przetrwałam zimę w Portugalii mówiłam we vlogu i nie chcę się powtarzać. Powiem tylko jedno – nie mam ochoty przez to przechodzić jeszcze raz. Moja praca pozwala mi na przenoszenie się i mieszkanie w dowolnym miejscu i postaram się to w tym roku wykorzystać. Kolejną zimę spędzę w cieplejszych klimatach albo pojadę do Polski, gdzie przynajmniej mogę mieć ciepły kaloryfer.

Zakwaterowanie nadal jest tutaj dla mnie problemem. Nasze obecne mieszkanie nie jest złe. Urządziliśmy je sobie ładnie i dobrze się w miarę w nim czułam. Czułam – czas przeszły – bo jak tylko zaczęły się mroźniejsze dni, okazało się, że na ścianach pojawiła się wilgoć, której do tej pory nie możemy wyplenić. Do tego dochodzą ciągłe problemy z głośnymi sąsiadami i mało interesująca okolica, którą chętnie zamieniłabym na coś innego. Problem tylko w tym, że jak na razie mieszkań do wynajęcia jest jak na lekarstwo.

Najbardziej jednak brak mi 2 rzeczy – spontanicznych wieczornych wypadów i wyjazdów poza miasto.

W Europie wszyscy są zabiegani, ciągle zajęci i ciągle gdzieś pędzący, nawet w Portugalii, gdzie i tak ludzie są nieco bardziej wyluzowani niż w Londynie. Zawsze mi się wydaje, że aby się z kimś umówić trzeba to robić z miesięcznym wyprzedzeniem, bo praca, bo chłopak, bo dziewczyna, bo trzeba dojechać metrem. W Chiang Mai nigdy nie było z tym problemu. Odległości były mniejsze, a i ludzie wydawali się być bardziej skorzy do spontanicznych wypadów (Chris mówi, że to pewnie wynika z tego, że w Europie ludzie mają ‘prawdziwe prace’, na co ja kiwam głową i mówię LOL).

Tajalandia Pai wycieczka poza miasto

Takich miejsc i takich wypadów mi najbardziej brakuje.

Cały czas próbuję kogoś poznać i stworzyć sobie grupę znajomych, jakich miałam w Chiang Mai, ale rzeczywistość jest inna i ja też jestem inna. Z wiekiem człowiek inaczej dobiera sobie znajomych, ale to już temat na osobny post.

Europejskie miasta wydają mi się zawsze jakieś zamknięte, odcięte od natury i od miejsc, gdzie można odpocząć lub przeżyć przygodę. Tutaj nie można wskoczyć na skuter, aby znaleźć się w 10 minut nad wodospadem, czy nad małym zalewem w górach. Tutaj trzeba dojechać metrem, wsiąść do pociągu lub autobusu i jechać przez ileś godzin lub tłuc się w korku. Jest na pewno mniej spotnaniczne. Z utęsknieniem czekam na mniej deszczowe dni, bo w Lizbonie też można wynająć skuter (wink, wink).

Co dalej?

Oboje myślimy intensywnie nad różnymi opcjami. Dobrze byłoby mieć bazę wypadową i jak na razie pewnie będzie to dla nas właśnie Lizbona. Na pewno nie chcę spędzać tutaj już zimy. Być może zostaniemy dłużej niż rok, ale raczej nie na zawsze. Powrót do Tajlandii na parę miesięcy jest na pewno jedną z opcji, którą rozważam. Planujemy kupić tam także nieruchomość za parę lat i wiążemy z Chiang Mai naszą przyszłość. Póki co, zbieram dla was informacje i porady i staram się wykorzystywać ten czas w Lizbonie jak najbardziej produktywnie.